Kolekcja secesyjnego szkła, wybrane nowości
Wazon Loetz Cisel 1899
Wazon Loetz Cisel 1899
1 740,00 zł
szt.
Secesyjny dzban Phaenomen Genres Loetz Witwe
Secesyjny dzban Phaenomen Genres Loetz Witwe
4 800,00 zł
szt.
Loetz Phaenomen Genres Herbatnica 1899
Loetz Phaenomen Genres Herbatnica 1899
4 300,00 zł
szt.
Wazon Loetz Rusticana 1899
Wazon Loetz Rusticana 1899
1 760,00 zł
szt.
Wazon ikebana Loetz, Perlenmutter 1899r
Wazon ikebana Loetz, Perlenmutter 1899r
1 800,00 zł
szt.
Wazon Loetz Diana Cisel - 1899
Wazon Loetz Diana Cisel - 1899
3 600,00 zł
szt.
Newsletter
Podaj swój adres e-mail, jeżeli chcesz otrzymywać informacje o nowościach i promocjach.
O tę różę, co tą ją czarownica przyniosła księciu 0
O tę różę, co tą ją czarownica przyniosła księciu

Można by pomyśleć, że gdy się już ma pięćdziesiątkę na karku, to pewnych rzeczy nie wypada. Nie tylko na karku. Ma się ją przecież na nogach, rękach, brzuchu, twarzy – w ogóle na całym ciele. Tak naprawdę nie ma się jej wybiórczo, choć wszyscy chcielibyśmy trzymać się tej wersji. „Mam pięćdziesiątkę na dłoniach, bo zniszczone, ale nigdzie indziej!”. Nie tak to działa. Chyba że stosuje się drogie kremy, albo pozwala jeździć po skórze skalpelem, ze wszystkimi konsekwencjami tych działań. W tym z bólem i gojeniem szwów. Nic przyjemnego.

Czasami pięćdziesiątkę ma się też w brzuchu, chluśniętą z kieliszka do gardła, dla dodania animuszu, ale o tym to już przy innej okazji. Póki co Alina, bo to o niej mowa, miała pięćdziesiątkę na całym ciele, bo właśnie w tym wieku była i jakoś niespecjalnie jej to nawet doskwierało. Swoje przeszła, sporo już widziała, ale wiedziała także, że drugie tyle jeszcze przed nią. Miała już nawet wnuki, o co przecież nie trudno, więc skupiać się na tym nie będziemy. Po prostu była już babcią. Zresztą nie ona jedna młodo urodziła, a potem to jakoś tak stało się małą rodziną tradycją.

Cały ambaras o tę różę nieszczęsną. A może właśnie szczęsną, tylko inaczej spojrzeć należy? Córka cała w pretensjach zwróciła jej uwagę (głos niewdzięcznie podnosząc, choć tak to na pewno wychowywana nie była!), że Alina znów kupiła jakąś ozdobę, mimo że dom już zagracony i przystrojony w każdym kącie, nie wiadomo dla kogo! Dla Aliny właśnie! „Dla mnie, kurwa!” – wybuchła siarczyście, choć ją matka też inaczej wychowywała, wiadomo! A czemuż to miałaby sobie bronić drobnych przyjemności i wybuchu, gdy sytuacja wskazana? To nie wulgarność, to osobowość! Wyrażanie siebie, a nie „wyrażanie się”. Matka rugała: „Nie wyrażaj się!”, to i ona tak powtarzała, choć teraz wie, że lepiej nie tłumić. Bo wiecie, o „Piękną i bestię" chodziło. O tę różę, co tą ją czarownica przyniosła księciu.

Alinie było żal, bo tyle razy to z córką widziała, gdy mała była naprawdę mała, a teraz wstyd było się przyznać, że kupiła, bo jej się kojarzy. A powinna. Stawianie na szczerość to kolejna lekcja do odrobienia w później dorosłości. Córka na pewno by się wzruszyła, a tak tylko się złości…

czytaj całość »
Jak tu żyć bez nosa? 0
Jak tu żyć bez nosa?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Znajome twierdzą, że to się już nie oddzobaczy. Kojarzycie te kamienne twarze z ustami ułożonymi w dziubek i podpisem: „Co ja robię tu? Co ty tutaj robisz?”. Ach te memy! Gdy kupowałam moje figurki w jednym ze sklepów z retro wyposażeniem, zupełnie nie przyszło mi to skojarzenie – o ironio - do głowy. To tylko potwierdza, że ja w pracy pracuję, a nie przeglądam fejsa i obijam się jak moje kumpele. Dobra, przeglądam. Po prostu mi się nie skojarzyło. Tym bardziej, że te moje nie mają ust. Po co je kupiłam? Wierzcie mi lub nie, ale gdy byłam młodsza wcale nie planowałam na co dzień siedzieć w arkuszach kalkulacyjnych. Nigdy nie chciałam też być księżniczką, czy lekarką. Odkąd sięgam pamięcią pragnęłam zostać nosem! Przynajmniej od wtedy, gdy się dowiedziałam, że istnieje taka możliwość. Nie, bycie nosem nie jest jakąś rolą w szkolnym teatrzyku, jak bycie drzewem, czy kamieniem podczas durnego przedstawienia. Zawód nosa to praca z perfumami. Rozpoznawanie zapachów, woni, komponowanie tego, co tak eteryczne. Składniki te same, a w zetknięciu ze skórą każdy pachnie inaczej. Czy to nie fascynujące?

Branża perfumeryjna rządzi się podobnymi zasadami jak świat mody, więc także kreuje trendy. Z takiego wąchania można żyć na poziomie. Czuć zapach pieniędzy! Pasję należy rozwijać, uczyć się, być w branży. Od czegoś musiałam jednak zacząć, więc prócz chodzenia do wszystkich okolicznych perfumerii, tworzenia własnych kompozycji i uczestniczenia w kursach dla fascynatów, postawiłam także na motywację.

Moje rzeźby są nosami. Bezapelacyjnie! Też bym mogła. Pomyślicie, że to głupie, ale słyszałam o dziewczynach, które zimą przywieszają magnesami do lodówki swoje letnie, zwiewne sukienki, by patrzeć na nie co dzień i pamiętać co jest celem. Nie opychać się, licząc na sukces w kontekście wagi z nadejściem wiosny. Stoją te moje głowy na szafce w sypialni. Budzę się i zasypiam patrząc na nie. Poczyniłam już pewne kroki, pomimo introwertyzmu zaczęłam się udzielać na grupach perfumeryjnych. Wiem, zmysł już nie ten, raczej nie wybiorę się do zagranicznej szkoły, ale na własną rękę będę się szkolić. Pasja jest przecież tym, co nadaje życiu kolorytu. I zapachu! Choćby dla przyjemności.

czytaj całość »
Ryba, która pilnowała książek 0
Ryba, która pilnowała książek

Lucyna była ostoją. Anka od małego pamiętała, że to właśnie ryba pilnowała w domu najważniejszych książek. Tych mądrych, wyeksponowanych, w grubych oprawach. Wystawionych na widok publiczny po to, by przychodzące do matki na kawę koleżanki nie miały wątpliwości, że w tym domu się czyta. Nie jakieś romansidła, tylko książki ważne, dające wiedzę, pozwalające na obycie w świecie. Nawet jeśli były to tylko podróże palcem po mapie.

Anna nie pamięta dlaczego rybę ochrzczono Lucyną, ale to imię przylgnęło i pasowało jak ulał. Ponieważ lata Anki młodości przypadały na czas przed-internetowy, kiedy szukała jakiejś informacji do szkoły: daty ważnego wydarzenia, poprawnej pisowni słowa, sąsiadów graniczących ze Szwecją, czy znaczenia jakiegoś wyrazu, matka pytała zawsze: „A sprawdzałaś u Lucyny?”. Ryba bowiem pilnowała encyklopedii, atlasów i słowników. Nie wyszukiwała co prawda informacji, więc nie była tak sprytna jak Google, ale z pewnością miała przyjemniejszą aparycję. Matka zwykła nawiązywać do niej także w innych kontekstach. Anka dorastała i nie w głowie były jej już szkolne zadania z matmy, fizy, gegry i polaka. Bardziej przejmowała się tym, czy aby na pewno zwędzona z matki torebki czerwona szminka pasuje do trampek otrzymanych w paczce od ciotki z mitycznych stanów.

Razu pewnego matka przydybała ją przed wyjściem z domu i wrzasnęła: „A coś ty się tak na Lucynę zrobiła?!”. Ania - a właściwie już Anna - miała usta tak krwistoczerwone i wymalowane na połowie twarzy, że wyglądała wypisz – wymaluj jak kuriozalna domowa podpórka do książek. Efektu dopełniały policzki zaróżowione nieudolnie, zaświadczające, że dziewczyna dopiero raczkuje w temacie makijażu. Stare dzieje wspominane z rozrzewnieniem. Teraz ryba nieodzownie kojarzy się Ance z młodością. Zdobywaniem wiedzy, wybrykami, którym porcelanowe straszydełko przyglądało się, jak to ryby mają w zwyczaju – niemo, spoglądając bezkrytycznie z półki z książkami. Niedawno w sieci dokupiła drugą do kompletu. Lucyna ma w końcu towarzyszkę. Kto wie, może nawet zaczną plotkować, odzywając się do siebie wbrew w obiegowej opinii, że ryby głosu nie mają? Te konkretne stale przebywają wśród książek, zapewne są nad wyraz mądre!

czytaj całość »
Ten twardziel... 0
Ten twardziel...

Bartosz to typowy samiec. Broda, wysoki wzrost i barczystość czynią z niego faceta, o którym zwykło się myśleć, że pewnie ma etat w tartaku i nawet jeśli nie nosi flanelowej koszuli w czerwoną kratę, to od bycia drwalem i tak nigdy nie ucieknie.

Bartosz jest Bartoszem i tak zwracać się do niego należy. Najeża się straszliwie o te wszystkie Bartki, Bartłomieje i inne przeinaczenia. Takiemu facetowi lepiej nie podpaść. Trzyma się go zawsze w tej szufladce razem z pitbullami, bandziorami, wszystkim tym co groźne. Lubimy szufladkować, by nam się wygodniej żyło kierując się schematami. Ocenianie odbywa się niemal bezwiednie.

Marlena studiowała z Bartoszem stosunki międzynarodowe. Wieczorami fantazjując o stosunku bliższym, krajowym, lokalnym, z brodaczem w roli głównej. Wszystkie z roku na niego leciały. Kiedyś jednak rzucił mimochodem, że lubi róż i już był spalony. Z rezygnacją westchnęła tylko wtedy w ramach odpowiedzi, bo cóż jej pozostało prócz wepchnięcia go we wiadomą, tęczową szufladkę w komodzie wewnątrz jej głowy? Zaprzyjaźnili się, bo było to teraz o wiele łatwiejsze, gdy już nie musiała się przed nim silić na atrakcyjność. Chodzili na frytki między zajęciami. Opowiadała mu o randkach – niewypałach. On jej o poszukiwaniu odpowiedniego samochodu, bo dosyć ma jeżdżenia komunikacją, zamiłowaniu do staroci (jak każdy tęczowy!) i dorabianiu jako płytkarz. Okazał się nie być nawet stolarzem, czy przynajmniej parkieciarzem. Ten drwal nie miał nic wspólnego z drewnem! Zaprosił ją kiedyś do siebie. Nie kłamał – wszystko różowe, urocze. Kwiaty w wazoniku, truskawki, beziki do kawy. Tak cukierkowo, że miała ochotę go przytulić. Gadają, jedzą te truskawki, przesiedli się dla wygody od stołu na kanapę, aż tu nagle on kładzie jej rękę na udzie ewidentnie nie po przyjacielsku. Zamarła zaskoczona, on znieruchomiał, przestraszony, że przekroczył granicę wbrew w jej woli. Otrząsnęła się szybko i krzyknęła: „Ale ten róż, te truskawki!?”. Pojął w mig, roześmiał się i wyjaśnił śmiejąc się w głos: „Przecież to afrodyzjak!”. Przyciągnęła go do siebie. Postarała się, by był to najbardziej namiętny pocałunek w jego życiu. Czasem pozory mylą. Tak to już bywa z tym szufladowaniem.

czytaj całość »
I wszyscy byli szczęśliwi... 0
I wszyscy byli szczęśliwi...

 

 

 

Daria uwielbiała stare przedmioty. Kupowała je czasem we wspaniałym stanie, a niekiedy straszliwie zniszczone, ale niezależnie od poziomu wyeksploatowania nigdy ich nie poddawała renowacji. Ceniła je za to ile przeszły. Miała świadomość, że kupując rzeczy, które mają mnóstwo lat, nie ma co liczyć na to, że nikt ich wcześniej nie dotykał, nie zarysował i nie wyszczerbił. Bywało, że odciskał się na nich ząb czasu, a niekiedy cała szczęka. Mieszkała w dużym mieście, z dala od rodziny. Nie żeby miała z nimi zły kontakt, ale wiadomo, że im dalej, tym zdrowiej. Miały z siostrą zwyczaj wysyłania sobie zdjęć, bo przecież jak głosi klasyczny banał: jeden obraz wyraża więcej niż tysiąc słów. Nie dzwoniły do siebie, ale rano otrzymywała fotografię miski z płatkami, a w południe zdjęcie jedzonego przez siostrę na lunch grejpfruta. Odsyłała swoją kanapkę z serem. To wystarczało, uchodząc za komunikację. Kiedyś siostra odwiedziła ją i powiedziała bez ogródek, że te stare meble na zdjęciach wyglądają interesująco, ale na żywo wręcz przeciwnie. Daria pomyślała, że o niej samej też tak można by powiedzieć, wzięła to sobie do serca i przestała wysyłać zdjęcia kupowanych retro przedmiotów. Siostra nie dopominała się, bo choć nigdy jej tego nie powiedziała, zdjęcia aranżacji przesyłane przez Darię napawały ją czasem niepokojem. Pokazywała je niekiedy mężowi, gdy kładli się do snu, ale jeszcze wypadało wymienić się jakimiś uwagami. Popatrz na tę instalację, nazwałam ją roboczo „przesłuchanie”. Małemu płochliwemu zajączkowi lampą w oczy?  Czy ona jest normalna, powiedz mi? – pytała zatrwożona. Daria była normalna. Lampa miała wyeksponować cudną figurkę, otrzymaną od dziewczyny, która zwykła na nią mówić pieszczotliwie „króliś”. Może i była królisiem z szybko bijącym z niepokoju serduszkiem, ale czy przypadkiem wieczny krytycyzm siostry nie przyczyniał się do tego? Czasami z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, a niekiedy nawet nie ma co się do niego ustawiać i pozować na siłę. Dziewczyna ją kochała, ona kochała dziewczynę i starocie, a siostra pozostawała po drugiej stronie ekranu smartfonu, w bezpiecznej od niej odległości. I wszyscy byli szczęśliwi z takiego obrotu sprawy.

 
 
czytaj całość »
Na końcu świata 0
Na końcu świata

Alka wprowadziła się do zastanawiająco taniego mieszkania w Bronowicach. „Czyli na końcu świata”, jak mawiali znajomi, szczęśliwym dla nich zrządzeniem losu mieszkający na Kazimierzu. Ze względu na odległość, dla Alicji ten Kazimierz to też był koniec świata. Jej jednak nie wypadało tak przecież powiedzieć o dzielnicy pełnej lokali, w których szklanka wody z kranu kosztowała 10 złotych. Mieszkanie było faktycznie podejrzanie tanie, ale uznawała to raczej za szczęśliwy traf, niż powód do zmartwień. Gdy się wprowadzała chłopak, który dawał jej klucze powiedział, że może korzystać ze wszystkiego, a szafki opróżnić i rzeczy wynieść na śmietnik. Czego tam nie było! Od śmierdzących naftaliną sukien, po dzieła zebrane JPII. Powinna jej się oczywiście zapalić czerwona lampka, ale była studentką. Oszczędzała na czym mogła, w tym na świetle, bo już nie mieszkała z rodzicami i skończył się beztroski czas darmowego zużywania prądu. Nie miała serca wywalać rzeczy należących niegdyś do osoby, która tu mieszkała. W zestawie kluczy, który otrzymała był także ten do piwnicy. W wielkich worach zniosła na dół niemal wszystko. Może ktoś z rodziny zechce kiedyś zagłębić się w przeszłość, odczytywaną z pożółkłych papierów: listów, dokumentów, pocztówek. Zachowała jeden ze świtków. Niewypełniony, bezosobowy, mówiący o „spadku nieobecnych”. Tym dla niej było właśnie to mieszkanie – spadkiem po kimś, kto nie może już sam zadecydować o swoich przedmiotach, które teraz zalegają w zatęchłej piwnicy. Miała nosa. Od sąsiada, którego na własny użytek nazywała „Życzliwym” usłyszała historię, lub jak kto woli – donos, o tym, że babcia zmarła, sprawy z rodziną niepozałatwiane, a wnuk wyważył drzwi, wstawił nowe i na lewo żyje z wynajmu, bez podatków. Zaprzeczyła, powiedziała, że jest daleką krewną i kazała mu się nie wtrącać. Trochę współudział, trochę nadal fuks, bo tanio i miała teraz haka na chłopaka od kluczy. Tylko smutek, że losy staruszki nagle przerwane, niepozałatwiane. Kupiła piękną broszkę, którą trzymała razem z karteluszkiem, by staruszka w zaświatach czuła się obdarowana, a tym samym obłaskawiona. Straszyć nie będzie, przecież Alka nie wyrzuciła historii jej życia na śmietnik…

czytaj całość »
O zegarku dziadka Eustachego i sztafecie imienia 0
O zegarku dziadka Eustachego i sztafecie imienia

   Eustachy miał imię po dziadku. Przez wiele lat był o to zły na rodziców. Nawet nie znał dziadka, wszyscy członkowie rodziny powtarzali mu tylko w kółko, że był wspaniałym człowiekiem. Niewiele chłopcu to do życia wnosiło, a imię owszem – wnosiło całkiem sporo. Na przykład ogrom upokorzeń w czasach szkolnych. Wiadomo, że dzieci bywają okrutne. Już wolałby, aby ojciec pił!

Słyszał niejednokrotnie historie kumpli, którzy opowiadali jak to podobno ich upojeni alkoholem ojcowie szli do urzędu, by nadać synowi imię Piotr, a dziecko stawało się Pawłem! Po drodze coś się pokiełbasiło średnio kontaktującemu rodzicowi. Najwidoczniej jego ojciec nie upił się z tej radości, że Eustachy pojawił się na świecie. Chłopak nie zdążył poznać dziadka, więc sam wymyślał historie o tym mężczyźnie, który był przecież aż tak niezwykły, że jego imię powielono w kolejnym pokoleniu.

Na przykład wiecie jak dziadek poznał babcię? Wyrwał ją z rąk cyganów! Przysięga, nie kłamie! Sama babka wiecznie powtarzała, by mały Eustachy nie włóczył się po osiedlu, bo go cyganie porwą, więc w mniemaniu chłopca świetnie nadawali się na antagonistów, złoczyńców, z którymi walczył dzielny dziadek. Ach te durne miejskie legendy! Eustachy nigdy nie przeczytał w prasie nawet jednego artykułu o niecnych uczynkach Romów, po latach śmiał się więc ze swojej dziecięcej naiwności. Dziadek był uczony, lubił architekturę, rzeźbę, malarstwo, nie w głosie było mu bieganie po mieście i ratowanie dziewic w opresji. Tym bardziej takich, które tego nie potrzebowały.

Byli z babką szczęśliwi do chwili, gdy zszedł na serce. „Młodemu Eustachemu” – jak mówiono o nim w rodzinie, nawet gdy był już grubo po trzydziestce, pozostało po dziadku imię, trochę książek i przepiękny zegarek. Bliscy żartowali, że o dziwo mimo tego jak bardzo jest stary, po wymianie baterii nadal tyka, bo odmierza czas, aż sztafeta imienia zostanie przekazana następnemu mężczyźnie.

Na początku drażniło go to, lecz gdy żona zaszła w ciążę, a na USG okazało się, że to chłopiec, podczas rozmowy o imieniu sam, niby to od niechcenia, rzucił: „A może by tak Eustachy?”. Uśmiechnęła się, bo doskonale znała rodzinne historie o pradziadku swego nadchodzącego syna.

Szuflada 0
Szuflada

Gdy mieszka się w kawalerce wynajmowanej z koleżanką z roku, aby było taniej i żeby nie trzeba się było w czasie pandemii wynosić z Krakowa, to nie jest tak, że można naznosić taboretów – patyczaków, krzeseł noszących akurat imię współlokatorki (wiadomo, że Aga), czy starych kwietników. Minimalizm jest wówczas słowem – kluczem, ba – koniecznością! Nie ma na nic więcej miejsca i funduszy. Miała sekretną szufladę. No dobrze, może nie sekretną, bo to, że Aga nie zdawała sobie sprawy, co Anka przechowuje w szufladzie stolika nocnego, nie czyniło z tego faktu sekretu. Jednak lubująca się w dziewiętnastowiecznych powieściach Anna chciała tak o tym myśleć. W szufladzie znajdowały się rzeczy, które Ance sprawiały radość. Jasne, że oglądały wieczorami na Netflixie wszystko jak leci, więc spędziły też kilka wieczorów z Marie Kondo. A że Anka prawie nic nie posiadała, zamiast pozbywać się rzeczy zaczęła w necie kupować drobiazgi. Dawały jej szczęcie! Postanowiła kolekcjonować stare przedmioty, bo rodzinny dom urządzony był bardzo nowocześnie. Jej natomiast podobało się, gdy u znajomych na ścianach wisiały monidła, zdjęcia przodków i cała ta rodzinna przeszłość. Przed wyjazdem żyła u rodziców wśród chromu i stali. Może to spóźniony bunt, ale swoją przestrzeń wyobrażała sobie inaczej. Wzięła się do działania. Wpierw kupiła pięknie oprawione zdjęcie staruszki, bo swojej babci nigdy nie poznała. Nazwała kobietę ze zdjęcia Heleną i była szczęśliwa, że posiada przyszywaną babcię. Od zawsze panicznie bała się lalek. Gdy była mała brat pokazał jej ten horror z morderczym Chucky, wmawiając, że to bajka dla dzieci. Po latach kupiła małą laleczkę z lat 50-tych, by walczyć z fobią. Taką lalkę mogłaby przecież lata temu dostać od babci Heli, to prawie jak pamiątka rodzinna. Najważniejszy był krzyżyk. Wiecie, z gatunku tych, które takie babcie Heleny dają wnuczkom Aniom na łożu śmierci, jako najcenniejszy podarek od serca. Nie, Anka wcale nie miała problemów ze zdrowiem psychicznym, wiedziała, że kupiła sobie to wszystko sama, ale lubiła te quasi-rodzinne historie, bo były jak opowieści z książek, w których się zaczytywała. Któż z nas nie chciałby być niczym bohater poczytnej powieści?

czytaj całość »
Nowy rok! 0
Nowy rok!

 

 

 

 

 

 

Matka jak zdarta płyta powtarza w kółko „Nie możesz być sama, bo to ci szkodzi”, lub „Gdy byłam w twoim wieku, ty już byłaś na świecie”. Kaśce słowa te wyżłobiły się w mózgu jak igłą. Czuła się zepsuta. Nie w znaczeniu wyuzdania, raczej nie była niegrzeczną lolitką. Myślała o sobie, że jest zepsuta w kontekście wybrakowania. Wszystko da się jednak naprawić!

  Poszła na strych rodzinnego domu, staszczyła po schodach stare radio z gramofonem kupionym dawno temu przez dziadka, podpięła – świeci i trzeszczy. Dobry znak. Zaniesie do przestrojenia. Sama też się przestroi, bo choć świeci, to trzeszczy. Gdyby umieścić na osi czasu jej postanowienia noworoczne, okazałoby się, że mniej więcej od milenium chce wciąż tego samego – w nowym roku chce znaleźć chłopaka! Sprawdziło się? Dotychczas nie. Postanowiła naprawić stare radio, bo chce niczym bohaterki filmów z lat 60-tych tańczyć z lampką wina na środku salonu skąpanego w świetle świec. Pewnie, że można kołysać się do dźwięków muzyki puszczonej z telefonu, ale kto chciałby o tym nakręcić film? A ona chce być bohaterką, pierwszoplanową postacią! I wiecie co jeszcze zrobiła, wzorując się na wyzwolonych dziewczynach podpatrzonych na ekranie?

  Zadzwoniła do niego i powiedziała, że chce spędzić z nim sylwestra. Bez wstydliwego dukania w słuchawkę. Wybrała numer i bez ogródek powiedziała: „Cześć Krzyśku, tu Kaśka. Bądź jutro u mnie o 19:00, okay?”. Nie speszył się, nie zdziwił, po prostu odpowiedział, że to dobry pomysł. Być może zrezygnował dla niej z innej domówki, ale celowo nie zapytała, by móc sobie wmawiać, że właśnie tak było. Choć oczywiście istniała szansa, że nie miał innych planów. Do Krakowa ze świąt wracała więc w dobrym nastroju, ze starym radiem w bagażniku samochodu. Co prawda nie będzie im jeszcze przygrywać do tańca, ale na pewno zrobi na nim wrażenie, bo każdy facet to gadżeciarz.

Zatrzymała się po drodze w markecie, kupiła trzy butelki wina, w tym jedno udające szampana i ogrom składników, z których zrobi pyszną kolację. Postara się by 2021 rozpocząć nową relacją. Albo chociaż będąc porządnie najedzoną czymś odmiennym od jedzonej od tygodnia sałatki warzywnej i makowca. Jest gotowa na 2021, będzie dobrze!

 

 

 

 

 

 

 

Przetrwaliśmy święta..... 0
Przetrwaliśmy święta.....

Wiadomo, że wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia, pomyślności, ale próbowaliście być starą panną przy wigilijnym stole? "Wesołych Świąt" brzmi wówczas jak przejaw sarkazmu i złośliwości, bo niby co ma jej sprawić radość? Docinki ze strony podchmielonego wujaszka, któremu się wydaje, że będzie zabawny, gdy wspomni o potworach i amatorach? Czy matka, która wciąż powtarza, że Alicji od Grzesików mieszkającej za płotem, to się udało, bo jest "prezeską" w pobliskim GS-ie i ma męża urologa. Wygrane życie! Przyda jej się ten mąż na pewno, bo żeby tak brać życie za rogi, to trzeba jednak mieć jaja.

Rozważała zostawienie każdemu pod choinką kielicha. Komplet podzieliłaby na wszystkich. Nikt nie jest na tyle odporny, by od świątecznego stołu wstać bez poczucia emocjonalnego pokiereszowania. Skrzynkę wina kupiłaby w rzeczonym GS-się. Albo dwie skrzynki, bo sprawę załatwiłaby nie lampka wina, a butelka. Na głowę! Mogłaby podgrzać to w ogromnym, dziesięciolitrowym garze na bigos i dorzucić goździków dla zachowania pozorów. Grzaniec to prawie jak dwunaste danie, skoro matka i tak wlicza kompot z suszu.

Krzysztof zadzwonił złożyć życzenia. Cholera wie jak to zinterpretować. Nie zapytał czy się spotkają zaraz po świętach, ani w co jest ubrana, a mogłaby skłamać, że jest chodzącą, seksowną śnieżynką, jak te laski z reklam biżuterii, czy innych produktów luksusowych. Może po prostu chciał być miły? Odbębnił, by nie wyjść na dupka. Nikt nie chce być dupkiem w święta. Wszyscy lubimy postrzegać się jako ci z natury dobrzy.

Nawet nie miała jak się przy stole pochwalić, że z kimś się spotyka, bo "spotykanie się" to minimum dwie randki. I to bardzo naciągnąć sytuację. Gdyby się ogarnął, można by go zaprezentować rodzinie na Wielkanoc, ale teraz? Staropanieństwo i pewność zapisu "staroródka" w papierach z porodówki. Niechże się ten Krzysiek pośpieszy z tym zakochiwaniem, bo ona ma życie w małżeństwie do przeżycia w trybie pilnym! A póki co popija wino dla zdrowotności. Lampka wina do posiłku zapewnia francuzom długowieczność, a ona może jeszcze na niego długo poczekać. Robi co może by dotrwać.

Przetrwaliśmy święta, wszystkim nam należy się co najmniej owacja na stojąco i przytulas!

Zadzwoni, na pewno zadzwoni… 0
Zadzwoni, na pewno zadzwoni…

Przyjechała kiedyś do domu na weekend z Krakowa i odkryła, że w salonie na stole stoją najbardziej waginalne wazony, jakie w życiu widziała!

Matka nie potrafiła wyjaśnić swojej zakupowej decyzji, o której Freud miałby wiele do powiedzenia. Opowieść o zszokowanej na ich widok minie Kaśki powracała często w formie rodzinnej anegdoty. Że niby była taka wtedy młoda, niewinna i dlatego oblała się rumieńcem. Phi! „Niewinna”? W wieku dwudziestu paru lat? Chcieliby! Po jakimś czasie wazony wyjechały wraz z nią, bo siostra matki powiedziała gdy przyszła w odwiedziny, że one jakieś dziwne są. Matka już dobrze wiedziała, co miała na myśli! Kaśka natomiast finalnie była nimi zachwycona. Jasne, nie każdemu kojarzyły się tylko z jednym, ale jej tak. Czym zresztą wprawiały ją zwykle w dobry nastrój, gdy na nie spoglądała. Bawiły niezmiennie od lat. Teraz, po miesiącach posuchy, tym bardziej kojarzyły jej się z seksem, bądźmy szczerzy!

Doszło w końcu do spaceru z Krzyśkiem. Do niczego więcej nie doszło. To tyle w kwestii dochodzenia. Z kimkolwiek, tfu, do czegokolwiek! Nie to, żeby nie chciała, to już ustaliliśmy wcześniej. Po prostu nie było sprzyjających warunków. Dla niej facet zaczyna się zawsze od metra osiemdziesiąt. Poniżej istnieje ryzyko, że to jeszcze nastolatek, a na co komu zatargi z prokuraturą? Zawsze lubiła wysokich. Ten warunek został spełniony. Był małomówny, co akurat dobrze wróżyło, bo przecież wystarczająco długo nie pojawiał się w jej życiu, by teraz miała mu o czym opowiadać godzinami. I nawet nie to, że nie zaiskrzyło. Miała małe „bum”! Może nie od razu sztuczne ognie i eksplozje w niebo, ale jeden fajerwerk na pewno. Nie jest pewna, czy jego lont podpalił się na jej widok. Nie dał po sobie poznać, albo ona nie potrafi już tego ocenić. Byłaby skłonna z nim zamieszkać i mieć dwójkę dzieci, z czego przynajmniej jedno, to dziewczynka, gdyby pytał. Ale nie zapytał. Może jeszcze zapyta, w końcu obiecał zadzwonić.

Chce go! Chce z nim seksu! Chce z nim domu!! Ubrała się najseksowniej jak potrafiła i profilaktycznie poszła nawet na depilację brazylijską. Gorzej jeśli nie zadzwoni, a ona będzie chodzić teraz taka łysa na całym ciele. Zadzwoni, na pewno zadzwoni…

„Bez ciśnienia, zwykły spacer” 0
„Bez ciśnienia, zwykły spacer”

   Pomyślicie: „Bez ciśnienia, zwykły spacer”. A co jeśli to spacer, o którym będzie opowiadać wnukom? Jak teraz babcie opowiadają o occie na półkach za PRL-u, czego oni nie rozumieją i nie znają, bo i skąd, skoro zrodzili się z dobrobytu, jak Afrodyta z piany? Mogą sobie teraz pienić do woli, a gdy ona wtedy od ciotki ze stanów dostała szampon o zapachu zielonego jabłuszka, to nie mogła go użyć, matka pozwalała tylko wąchać. Jej wnuki pewnie nie będą rozumiały na czym polegało spacerowanie. Chodzenie jako sposób przemieszczania odejdzie w zapomnienie, a teleportowanie się z kimś, to już nie to samo, co przechadzka brzegiem Wisły.

Nim jednak wybierze się na spacer z Krzyśkiem, musi się nastroić. „Nastroić” to przenośnia. Mówiąc przyziemniej – musi się nawalić. Nie sama, z Gośką. To ta, która jej Krzyśka naraiła. Nie żeby się jakoś bardzo przyjaźniły wcześniej, po prostu znały się na tyle, że Gosia wiedziała, że ona na FB ma wciąż pusto w polu statusu związku. Zresztą u tamtej też nie widniało „zamężna”, ani nawet „zaręczona”, bądźmy szczerzy. Związek przyczynowo skutkowy jest tu więc dosyć prosty. Kaśka (bo tak odkąd sięga pamięcią ma na imię nasza bohaterka, o czym jeszcze przecież nie było mowy), uznała, że jeśli ktoś ją swata, to jest jej życzliwy, a jeśli jest życzliwy i zaprasza na drinka, by obgadać temat swatania, to warto pójść. Jeśli okaże się, że Krzysztof ma potencjał tylko online, a w realu nic z tego nie wyjdzie, to ona przynajmniej zyska przyjaciółkę.

Poszła. Mieszkanie ładne, Gośka miła i zabawna jak zwykle, ale te alkohole! Obie wmawiały sobie, że chodzi o to, by im się lepiej rozmawiało, ale pamiętaj drogi czytelniku, jeśli ktoś podaje ci alkohol na srebrnej tacy w pięknych kryształach, to, warto zostać kwadrans dłużej. Albo pięć godzin. Po drugim kieliszku opowiadały sobie o byłych, o kremach na cellulit i o obciachowych historiach, w stylu tej, jak to się jej sukienka podwinęła i zahaczyła za majtki, a ona zorientowała się dopiero po przedefilowaniu przez całe miasto z tyłkiem na wierzchu. A piły bo im smakowało, nie po to, by się znieczulić! O Krzyśku dowiedziała się, że trzeba go ośmielać. Sama więc zaproponuje kawę po spacerze. Albo śniadanie…

Do etapu podarków w tej relacji jeszcze daleko, ale grudzień tuż, tuż. 0
Do etapu podarków w tej relacji jeszcze daleko, ale grudzień tuż, tuż.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Napisała do niej znajoma, że mają w pracy takiego całkiem miłego, choć niepozornego Krzyśka, który nie ma dziewczyny. A szkoda go, bo ma potencjał! Niepozorny? Nie jest to cecha, którą jako pierwszą wymieniałaby na liście życzeń, ale wiadomo, że na tym etapie zostali jej do wyboru albo rozwodnicy, albo kolesie z wszelkimi defektami, więc jeśli jego minusem jest tylko niepozorność, to bierze bez wybrzydzania. Najwyżej namówi go na skoki na bungee, aby wydawali się ludziom taką szaloną parą, o której już nikt nie powie że są nijacy.

Już postanowiła, że będzie do niego mówić per Marku, aż przywyknie i zacznie reagować na to imię. Sąsiadka pokazała jej kilka internetowych stron z designem. Wsiąknęła! Ma już nawet szkatułę, w której będzie przechowywać biżuterię otrzymaną od nieświadomego jeszcze tego faktu Krzysztofa vel Marka. Jednak teraz to nie takie proste, by pójść na wino, czy kolację, bo gastro zamknięte, a ona nie jest aż tak zdesperowana, by od razu niepozornego Krzysztofa zapraszać do siebie.

Mało to niepozornych Krzyśków okazywało się potem zwyrodnialcami z zamrażarką pełną ludziny? Co jakiś czas prasa rozpisuje się o takich, które chciały tylko pierścionka i domu z ogrodem, a znajdowano je w lodówkach z ręką osobno, głową osobno. Uznała, że urządzą sobie randkę online, przez kamerkę krzywdy jej nie zrobi. Co to były za emocje! Ubrała najładniejszą bluzkę i nawet miała na sobie jeansy, a nie jak zwykle podczas telekonferencji - spodnie od piżamy.

Krzyś interesujący, skojarzył jej się z tym z Kubusia Puchatka. Czym ujął ją od razu bardzo, choć wiedziała, że na tym etapie myślenie o nim jako o przyszłym mężu świadczy o tym, że to ona jest misiem o bardzo małym rozumku. Jest jednak dobrej myśli. Umówili się w przyszły weekend na spacer.

Cieszy się, że kupiła tę szkatułkę. Może się przydać! Do etapu podarków w tej relacji jeszcze daleko, ale grudzień tuż, tuż. Mało to się w kolorowych gazetach naczytała o parach, które wzięły ślub po miesiącu znajomości? Dlaczego ma myśleć, że skończy tak samo, tylko kiedy czyta o makabrycznych morderstwach? Może pisane jej skończyć jak te szczęśliwe dziewczyny, z brylantem na palcu, a nie kończynami w lodzie?! Oby...

Minął tydzień. Wiadomo, że w dziejach świata to mniej niż mrugnąć..... 0
Minął tydzień. Wiadomo, że w dziejach świata to mniej niż mrugnąć.....

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Minął tydzień. Wiadomo, że w dziejach świata to mniej niż mrugnąć, liczyła jednak na znacznie więcej od losu niż naście maili z informacją o wyprzedażach z okazji czarnego piątku.

Sama ma wrażenie, że trwa u niej permanentna wyprzedaż, z której nikt nie korzysta. A przecież oddałaby wiele za bezcen! Na metr kwadratowy powierzchni mieszkania nadal przypada zero Marka. A przecież najpóźniej w środę miał się zjawić w jej życiu i wyrwać ją z tego marazmu! Miała z losem umowę zawartą późną, bezsenną nocą: jeśli pozna odpowiedniego faceta, zacznie dawać od siebie światu znacznie więcej.

Na przykład staruszce mieszkającej naprzeciwko będzie regularnie robić zakupy. I to nie po to, by nowo poznanemu mężczyźnie pokazać, jaka to jest dobra i jak to bardzo warto się w niej zakochać. Czego więcej oczekiwać od życia prócz niebrzydkiej dziewczyny, która ma dobre serce? Tymczasem Marek nie wychylił się zza żadnego winkla, ani też nie minęła go w drodze po chleb.

Gdyby ich spojrzenia się spotkały, od razu by się zorientowała, że to ten. Minął tydzień i nic! Uznała, że nie tędy droga. Nim zacznie oczekiwać karmicznego dobra, które do niej wróci, wpierw musi ten bumerang rzucić przed siebie. Zapukała do sąsiadki. Trochę się wstydziła, że jedyne na co potrafiła się dotychczas na jej widok zdobyć, to niemrawo rzucane „dzień dobry”, ale tak, że równie dobrze mogło być dowolnym zwrotem. Nie zadawała sobie przy tym zbytnio trudu otwierania ust. Staruszka nie miała szans zrozumieć, mogła się co najwyżej domyślać, że życzy jej dobrego dnia. Było to raczej poranne burknięcie.

Nie tak ją matka wychowała, ale wysiłek związany z wyściubieniem nosa za drzwi był przecież męczarnią w tym depresyjnym czasie. Na bycie pogodną nie wystarczało już energii. Za to pani Zyta okazała się akumulatorem na nogach, bateryjką z doczepionymi rękoma. Pogodna i promienna, tak bardzo, że było to aż zawstydzające. Zakupów nie chciała, bo robi je online (mając siedemdziesiąt trzy lata!), ale zaprasza na śliwki, bo przyjechały we wczorajszej dostawie. Weszła. W mieszkaniu jak to u staruszek – antyki i bibeloty. „O tę srebrną owocarkę też kupiłam przez internet, takie czasy!” - pochwaliła się, nalewając herbaty.

Teraz potrzebuje koloru nadziei bardziej niż kiedykolwiek 0
Teraz potrzebuje koloru nadziei bardziej niż kiedykolwiek

   

 

   Teraz potrzebuje koloru nadziei bardziej niż kiedykolwiek.

Od tygodni spoglądając za okno widzi łyse gałęzie, które z powodzeniem mogłyby stanowić scenografię dreszczowca. Ma już tego serdecznie dosyć! Nim świat przykryje się puchową kołdrą śniegu minie jeszcze sporo czasu. Przecież nie przestanie spoglądać na drzewa, bo to jedyny dowód na istnienie świata poza tym mieszkaniem, w którym jest zamknięta przez co najmniej 8 godzin dziennie. Zima będzie do zaakceptowania. Wyjmie te grube skarpety z doszytymi wąsikami i kocimi uszkami i koc z rękawami. Dostała  go na osiemnastkę i teraz jest tak zmechacony, że gdyby był bluzą, już dawno wylądowałby w koszu, ale go nie wyrzuci. Do kocyka ma sentyment, niczym niemowlak, który bez swojego by nie zasnął. Zamknięcie zimą w mieszkaniu bez konieczności wychodzenia do pracy, było jej odwiecznym marzeniem. Uważaj czego sobie życzysz, bo może się spełnić…

Dawniej mogła przynajmniej spotkać jakiegoś Marka spieszącego się tak jak i ona do biura, a teraz?  Chyba w Simsach! Marek to nie imię, Marek to znak jakości. Wszystkie Marki, których zna mają w szafie co najmniej trzy garnitury, z czego przynajmniej jeden wełniany. To o czymś świadczy! Wyszłaby za jakiegoś Marka. Albo przed niego, by ją zauważył! Zamiast tego siedzi w domu i z szóstego piętra spogląda na łyse drzewa. Prócz spoglądania uzupełnia też arkusze kalkulacyjne i rozmawia na telekonferencjach z innymi pozamykanymi. I grzebie w sieci.

Zieleń we wnętrzu jest jej do odzyskania witalności pilnie potrzebna! Inaczej jesień w końcu sforsuje balkonowe drzwi i okna i wedrze się do jej wnętrza. W sensie metaforycznym, a może i nie tylko?! Trzeba się ratować. Na przykład taki wazon… Niby nic, na cholerę jej coś takiego? Nie ma sześćdziesiątki na karku. Powinna go raczej kupić swojej matce na imieniny. Inna sprawa, że gdyby miała tak smukłą sylwetkę jak ten przedmiot, jakiś oczarowany Marek sam dobijałby się teraz do jej drzwi. Szkło w którym nie będzie trzymać kwiatów, bo i tak stara się nie wychodzić i nigdzie ich teraz nie kupi. Mimo to chce go mieć.

Będzie do niego wrzucać karteczki, z pomysłami co zrobi, gdy wszystko wróci do normy. Wszyscy powinni mieć taki wazon na plany!

AMFORA ZBIGNIEW HORBOWY, HUTA SZKŁA "SUDETY" W SZCZYTNEJ ŚLĄSKIEJ

Poznaj historie, które będą z Tobą zawsze 0
Poznaj historie, które będą z Tobą zawsze

Patrzysz na przedmiot, zaciekawia Cię. Być może w przeszłości widziałeś coś podobnego na
komodzie u znajomych, lub kogoś z rodziny. Wiesz, że to staroć, dziś już nie produkuje się
rzeczy z taką dbałością o szczegół. Zupełnie inna jakość wykonania! Chciałbyś znać historię
tego bibelotu, wiedzieć o nim coś więcej. W czyich rękach znajdowała się ta rzecz nim trafiła
do Ciebie? Do kogo należała, kto spoglądał na nią przez ostatnie czterdzieści lat? Jaką historię
za sobą kryje? Rozpoczynamy innowacyjny projekt! Współpracę, z jaką nie spotkaliście się
jeszcze w social mediach! Pisarz Przemysław Piotr Kłosowicz co niedzielę prezentował
będzie opowieść o dostępnych u nas przedmiotach. Wariacje na temat losów oniemiająco
pięknych i dziś już niezwykle rzadkich wazonów, kielichów, figurek, popielnic. Opowie Wam
o tym zbieracz wrażliwy na słowo. Kochający dobry design, lubujący się w stylistyce PRL-u.
Nie możecie tego przegapić!

Lalka, rzecz przeźroczysta? 0
Lalka, rzecz przeźroczysta?

Nie widzimy lub nie chcemy jej widzieć, gdy już jesteśmy dorośli. Cóż bowiem miałoby przynaglać do niej nasze miłosne, dziecięce pretensje? W końcu, co jeszcze może kryć w sobie ciekawego dla współczesnego człowieka rzecz z dalekiego dzieciństwa?

czytaj całość »
do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy od home.pl